Jeleńska Emma
OBRĄCZKA





Jestem starą, zupełnie już starą kobietą. Życie moje skończone — już mię nic spotkać nie może — oprócz śmierci. Gdy zaś ona przyjdzie, powiem: Bądź błogosławiona!
Tymczasem jednak żyję, i to moje żelazne zdrowie każe przypuszczać, iż długo jeszcze żyć będę. Tak jestem silną, że kamienie przy drodze mogłabym rozbijać — a gdybym miała wnuki, tobym je nosiła na rękach i huśtała wysoko — wysoko...
Ale nie mam wnuków. Nie mam nikogo na świecie — nikogo i nic. Bo wszystko com, miała najlepszego, tom rozdała, rozdarowała, poświęciła...
Dzisiaj usiadłam przy kominku nad stosem gazet i tygodników. Miałam zamiar spokojnie wieczór spędzić na ich przeglądaniu. Oparłam nogi o stołek, poprawiłam ogień, przysunęłam lampę
i otworzyłam pierwszą z brzegu gazetę. Cicho było ciepło — przytulnie w tym moim saloniku zapełnionym ładnymi sprzętami. Firanki były spuszczone i tylko czasem z za okien dochodziło wycie jesiennej nocy — takie przeciągłe, smutne wycie, jakby dusz potępionych a błagających zmiłowania. Ale do mnie nie dochodziło ani zimno ani wiatr i mogłam siedzieć spokojnie w cieple i w ciszy, wtulona w miękki fotel. Wszakże tak siedzę co wieczór i nie słyszę i słuchać nie chcę wycia tego wiatru — czy tych potępieńców.
A dziś nie mogłam. Zdawało mi się, że oni tam do mnie mówią, że mnie wołają po imieniu, że dla mnie tu przyszli gromadą, że się zlecieli tu po mnie i chcą unieść mnie z sobą — porwać i unieść. A potem, zdało mi się, że lecę z niemi razem, że spuszczony ze smyczy duch mój hula tam w przestrzeni i goni z wichrem, i pławi się w śnieżnej zamieci, i wyje rozpaczliwą, niewymowną pieśń swą, tę, co miała być pieśnią radości i potęgi, tę pieśń za życia zaczętą i urwaną, a teraz zmienioną w zgrzyt. Zdało mi się, że te wszystkie żmije i żmijki, co zwykle, zwinięte w kłębek, śpią cicho na dnie mej istoty, że się naraz wyprężyły, wysunęły głowy jadowite, że im skrzydła wyrosły i że poleciały w ciemną noc z gwizdem, z sykiem i wyciem. Poleciały ze skargą, poleciały z gniewem i z buntem. Walą w świat biczem swojego gniewu, rozdzierają przestrzenie sykiem i krzykiem, chcą bić, rozbijać, drzeć, szarpać i łkać, i żalić się, i jęczeć, i świat cały poruszyć swym jękiem — i mścić się... — i mścić się...
Babo stara, co siedzisz pod piecem — co się dzisiaj stało? Bunt? A to paradne! Ty, którą wielki wóz Dżagernauty zmiażdżył już dawno, ty, coś się sama przecie i dobrowolnie podeń rzucała, ty, coś palec w złotą obręcz kładła i kajdany brała na siebie z uśmiechem, ty, którą Los włożył wcześnie do życiowego moździerza i usilnie tłuczkiem swym ścierał na proch, tłukł na miazgę, ty jeszcze masz coś w sobie? Jeszcze tam jakiś duch — i to duch wolny — kołacze się w tobie? i łeb podnosi — i w taką jesienną noc hasa po świecie — i woła o sprawiedliwość?...
Ach, babo stara! nie bądź-że śmieszną! Pilnuj swoich reumatyzmów i wytrzepuj pacierze. To jedyne właściwe dla ciebie zajęcie. Daj pokój głupim buntom. Nie ciebie pierwszą, nie ciebie ostatnią zmiażdżyło życie. Po to ono jest przecie, aby miażdżyć, gnieść, z dusz i ciał robić sobie klepisko — dobrze ubitą szosę, po której się toczy naprzód. Po to ono jest przecie... Czyś się o tem jeszcze nie przekonała?
Tak, bywam śmieszna czasami. Ot i dzisiaj, zamiast czytać sobie spokojnie i grzać stare kości przy kominku, takie hece wymyślać! niema sensu!
I to mówią, że na starość uczucia tępieją! Ach! nieprawda!
Ot i teraz, od pewnego czasu chwyta mnie chęć opisania swego życia. Wiem, że to wyskok jakiś niepotrzebny. A przytem... moja przysięga...


1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 Nastepna>>